Muscle cars

Design: Potężne nadwozia, surowe wnętrza i ośmiocylindrowe silniki pod maską. Europejczycy skopiowali od Amerykanów wiele, ale nigdy nie zdołali stworzyć czegoś tak fascynującego jak amerykański muscle car!

Amerykańska motoryzacja zawsze miała potężną siłę rażenia, szczególnie w powojennej historii. Dla większości Europejczyków była czymś obcym, niedostępnym i jednocześnie fascynującym, jednak lata 50. były ledwie przygrywką do tego, co stało się dekadę później. Rewolucja była banalnie prosta: dać ludziom coś, co nie będzie miało nic wspólnego z rozsądkiem, sztampą i ekonomią. Wielki silnik opakowano w muskularne, piękne nadwozie i dano kierowcy to, co najlepsze – emocje. Amerykańskie potwory zawsze prowadziły się kiepsko. Równie kiepsko hamowały i miały fatalne zawieszenie, ale doskonale przyspieszały. Liczył się tylko sprint spod świateł.

Fenomen Wielkiego Brata
Na czym polega fenomen sportowych samochodów zza oceanu? Amerykanie zawsze uważali, że najlepsze są proste rozwiązania i właśnie tak było w tym przypadku. Dodge Charger, Chevrolet Camaro SS, Plymouth Barracuda, Ford Mustang – każdy z tych „smoków” miał swój indywidualny styl. Cechy typowe dla gatunku były jednak zawsze takie same: dwoje drzwi, nienaturalnie szerokie nadwozie, zadarty krótki tył i niebotycznie długa maska. A pod nią potężny silnik. W przypadku muscle cars termin „potężny” oznaczał zawsze osiem cylindrów – ani więcej, ani mniej – i minimum cztery litry pojemności. Taka pojemność, jak na amerykańskie warunki, była dość skromna. Samochód musiał mieć ponad 7-litrowy silnik i moc dochodzącą do 500 koni. Dzięki temu pojazdy te potrafiły rozpędzić się do 100 km/h w czasie poniżej sześciu sekund. Taki wynik nawet dzisiaj robi wielkie wrażenie, a co dopiero 40 lat temu!
Muskularne auta wyginęły jak dinozaury. Nagle. Kryzys paliwowy połowy lat 70. zniszczył piękną historię ogromnych silników, które bezkarnie żłopały hektolitry paliwa. Nadeszła era małych, bezpłciowych i ekonomicznych samochodzików dla szarych ludzi, którzy zaczęli traktować je jak zwykłe, bezduszne przedmioty…


Powrót legendy?
Historia pokazała, że odejście od idei muscle cars było wielkim błędem. Armie klientów znikały w oczach. Ludzie nadal chcieli ogromnej mocy, ale ekonomia była silniejsza. Mustangi, które zaczęły opuszczać fabryki Forda po kryzysie paliwowym wyglądały jak miniaturowe modele z napędem od kosiarek. Nie pomagały mocniejsze silniki czy limitowane wersje. Podobnie postrzegany był Chevrolet Camaro, który z każdą kolejną odsłoną stawał się coraz bardziej plastikowy i tandetny. Chociaż ciągle był bardzo szybki, zwyczajnie… nie miał jaj. Dopiero niedawno wielkie koncerny zrozumiały, że nie można wymyślić niczego lepszego. Do stylistów dotarło, że jedyną gwarancją powodzenia będzie powrót do przeszłości. Styliści odkurzyli więc stare fotografie i zaczęli na nowo tworzyć historię. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Ostatni Ford Mustang to piękne nawiązanie do lat 60., a dwaj najwięksi konkurencji już zapowiedzieli start produkcji nowego Camaro i Challengera. Oba wyglądają tak, jak powinien wyglądać prawdziwy amerykański samochód i są najdoskonalszym wzorem połączenia nowoczesności z klasyką. Szefowie Chevroleta, Forda i Dodge’a mogą spać spokojnie, bo konkurencja nie może im nic zrobić. Legendy nie da się skopiować ot tak...

Gwiazdy kina
Tym bardziej, że legenda ta była latami konsekwentnie kreowana przez scenarzystów z Hollywood. Słynny „Bullitt” to dla wyznawców samochodowej religii jeden z najważniejszych filmów. Grający głównego bohatera Steve McQueen prowadzi w nim Forda Mustanga. Genialna scena pościgu ulicami San Francisco uważana jest przez środowisko filmowe za jedną z najlepszych w historii kina. Jest też bodaj jedyną, w której nie zastosowano żadnych efektów specjalnych. Innym klasykiem jest „Znikający punkt”. Dzisiaj niewielu pamięta nazwisko grającego główną rolę, Barry’ego Newmana, ale wszyscy doskonale wiedzą, że jeździł Dodge Challengerem. Tak było dawniej, ale dzisiaj filmowcy nadal bardzo chętnie odpoczywają od nowoczesnej motoryzacji. Prawdziwą gwiazdą filmu „60 sekund“ był Mustang Shelby, a bohateriowie remake’u o przygodach detektowów Starskiego i Hutcha znowu wsiedli do Forda Torino.

Ciągle w cenie
Styliści i inżynierowie Forda, Chevroleta czy Dodge’a tworząc kolejne wersje nasterydowanych coupe na pewno nie przypuszczali, że ich dzieła kiedyś zostaną uznane za jedne z najważniejszych w historii motoryzacji. Europejscy styliści wpadali w kompleksy. Cierpieli, że to nie im dane było stworzyć legendę motoryzacyjnego stylu i ponadczasowy szkic samochodowej muskulatury. Muscle cars w czasach swojej świetności wcale nie kosztowały fortuny. Ferrari, Porsche czy Lamborghini z tamtych czasów kierowane były do milionerów. Amerykanie stworzyli samochody dla tych, którzy szukają potwornej mocy i nieograniczonej frajdy. I niekoniecznie są milionerami. Dzisiaj te samochody kosztują fortunę. Mustang Shelby GT500 –wystarczy mieć wolne pół miliona dolarów. Plymouth Hemi Cuda – jeszcze więcej. Anonimowy kolekcjoner za wersję cabrio zapłacił niedawno prawie 2,5 miliona dolarów. Nikt w historii samochodowych aukcji nie wyłożył tyle na żadne Porsche ani Ferrari…

Kacper Wyrwas
Dziennikarz TVN Turbo

 

 

 

Copyright 2009 by AeMCe ®. All rights reserved.

Strona powstała przy pomocy witryny AutoCentrum.pl ®, USAuto.pl ®, FlamingWheels.pl ®, V10.pl ®
Strona główna Mail